Hej! Wybierz swoją lokalizacje, aby zobaczyć właściwą treść.

Wybierz swoją lokalizację Hej! Wybierz swoją lokalizacje, aby zobaczyć właściwą treść.

Australia usd

Austria eur

Belgium eur

Canada usd

Croatia eur

Czech Republic eur

Denmark eur

Estonia eur

Finland eur

France eur

Germany eur

Greece eur

Hungary eur

Ireland eur

Italy eur

Japan usd

Latvia eur

Lithuania eur

Netherlands eur

Polska pln

Portugal eur

Romania eur

Slovakia eur

Slovenia eur

Spain eur

Sweden eur

Switzerland eur

United Kingdom eur

United States - USA usd

OTHER eur

Darmowa dostawa od 59 zł 🎉

Powrót do bloga

Kinematografia nie z tej Ziemi. Top 10 filmów o kosmosie.

10 Cze 2020 | 0 komentarzy | by Many Mornings

Pewnego wiosennego dnia 1961 roku twórcy programu kosmicznego o rześkiej nazwie Wostok mogli odtrąbić sukces. Jurij Gagarin jako pierwszy człowiek wzniósł się na orbitę i przebywał w przestrzeni kosmicznej ponad 100 minut. Parafrazując innego kowboja kosmosu: była to tylko chwila dla jednostki, ale całe wieki rozwoju ludzkości. Osiem lat później Neil Armstrong stanął na księżycu, próbując udowodnić, że Bóg i wszechświat są po stronie USA. Historia lotów w kosmos była przede wszystkim porywającym rozdziałem zimnej wojny. Etap ten można uznać za częściowo zakończony. Jednak w świecie filmowym zimnowojenna walka wciąż trwa. Linia podziału pomiędzy Wschodem i Zachodem pozostaje aktualna. Kto wyprodukował najlepszą kosmiczną opowieść? Many Mornings próbuje odpowiedzieć na najtrudniejsze pytania! Przedstawiamy nasz ranking filmów o kosmosie.

Oczywiście, że do wszystkich seansów zasiedliśmy w skarpetkach Space Trip na stopach! Popcorn grzał się w mikrofalówce. W trakcie oglądania trwała sprzeczka o najlepszy rodzaj żelków. Na stoliku stanął zestaw przyjaznych softów, by nie stracić koncentracji. Mimo rzetelnych przygotowań inspirowanych naszymi kulinarnymi skarpetkami, od początku bardzo poważnie myśleliśmy o czekającym nas zadaniu. Ani przez chwilę ręce tłuste od prażonej kukurydzy, kłótnie o słodycze, ani ćwiczenia baristyczne nie odwróciły naszej uwagi od meritum sprawy. Notatniki i długopisy grzały się od spisywanych przemyśleń i ciekawostek. W ogniu kinematograficznej pasji i z iskrami w oczach powstał nasz ranking filmów o kosmosie. Mimochodem stało się jednak także coś dziwnego. W trakcie oglądania niektórzy z nas zaczęli zdejmować kosmiczne skarpetki, by wymienić je na model bardziej pasujący do recenzowanego dzieła. Dzięki temu mieliśmy gotowy klucz interpretacyjny: zastanawialiśmy się jakie skarpetki najlepiej wyrażają ducha konkretnego filmu i reżyserki talent.

Notatniki i długopisy grzały się od spisywanych przemyśleń i ciekawostek. W ogniu kinematograficznej pasji i z iskrami w oczach powstał nasz ranking filmów o kosmosie.

Zrezygnowaliśmy z szerokiej optyki gatunkowej – nie omawialiśmy wszystkich filmów science fiction, ale tylko te, których akcja rzeczywiście dzieje się w kosmosie. Oto gorąca piątka, którą wyróżniliśmy w naszym rankingu.

 

1. 2001: Odyseja kosmiczna (reż. Stanley Kubrick, 1968)

2. Solaris (reż. Andriej Tarkowski, 1971)

3. Obcy – 8 pasażer Nostromo (reż. Ridley Scott, 1979)

4. Gwiezdne wojny: Nowa Nadzieja (reż. George Lucas, 1977)

5. Star Trek [serial] (twórca Gene Roddenberry, 1966-1969)

6. Interstellar (reż. Christopher Nolan, 2014)

7. Apollo 13 (reż. Ron Howard, 1995)

8. Pierwszy krok w kosmos (reż. Philip Kaufman, 1983)

9. Barbarella (reż. Roger Vadim, 1968)

10. Armageddon (reż. Michael Bay, 1998)

 

Kubrick komponuje muzyczną odyseję

Nie mamy poczucia, że nasz ranking filmów o kosmosie to konkwistadorska eskapada na nowe terytoria. Otwieramy listę absolutnym klasykiem. Ale co z tego, że dzieło, na które się powołujemy, ma długą brodę? Dla widzów przyzwyczajonych do kosmicznych blockbusterów XXI w., strona wizualna Odysei kosmicznej może wyglądać jak porośnięta mchem. Lata sześćdziesiąte nie fetyszyzowały efektów specjalnych tak dalece, jak to ma miejsce we współczesnym kinie. Mimo historycznego dystansu, w dalszym ciagu jesteśmy pewni, że Kubrick nakręcił dzieło hipnotyczne, wykręcające nasze zdolności poznawcze jak mokrą szmatę do podłogi. Twórca wypiera z nas wszystkie brudy – szlam łatwych podniet, którym pokrył nas współczesny przemysł rozrywkowy. Komos Kubricka zadaje pytania; ma swój filozoficzny sens – daleki od prostactwa współczesnego Hollywoodu. Współbrzmi z powstającą ówcześnie sztuką cybernetyczną. Eksploruje emocjonalne pola oddziaływania sztucznej inteligencji, które pozostają aktualne aż do dziś. Widać je w nowych mediach, słychać je w muzyce popularnej spod znaku Holly Herndon. Gdy oglądamy Odyseję  kosmiczną, odczuwamy niepokój i strach. Komputer AI: Hal9000 mówi: „I can feel it”, a nas przechodzą ciarki po plecach. Boimy się, ale też współczujemy unicestwianej maszynie. Czy niedługo usypiając nasze MacBooki, będziemy im śpiewać kołysanki? Epokowe dzieło filmowe każe nam się nad tym zastanawiać. Stanley Kubrick to wizjoner, a jego film o kosmosie pozostanie wspaniałą przypowieścią nawet w czasach, gdy sprywatyzujemy już NASA i wszechświatowe bezpieczeństwo.

Wszystko zaczęło się od marzeń reżysera o skarpetkach Music Notes. Nie mogło być inaczej, skoro struktura Odysei kosmicznej jest tak bardzo muzyczna. Akustyczne odniesienia z poprzedniego akapitu nie były przypadkowe – po prostu w dalszym ciągu jesteśmy pod wpływem muzycznej wrażliwości Kubricka. Rytm jego filmu o kosmosie to rytm naszego bycia w świecie. W końcu jesteśmy tylko małymi punktami w sieci galaktyk. Odyseja kosmiczna daje nam o tym znać swoim kosmicznym tempem – mozaiką oddechów, bicia serca, elektronicznych pejzaży dźwiękowych. Powolność narracji wygrywa w nas nuty melancholii, które dobrze działają na skrywany w nas wszystkich egotyzm i ducha indywidualizmu wpojonego przez galopujący kapitalizm. Kubrick mówi nam: stop, przerwa, cisza – kosmos jest nieskończony.

Pauza jako jakość muzyczna jest zresztą rzeczywistym elementem struktury kubrickowskiego filmu. Całość opowieści przerywa kontemplacyjne intermezzo. Rozgrywanie kompozycyjnej formy nie jest przypadkowe. W Odysei kosmicznej mnóstwo jest muzycznych odniesień. Niektóre – wyrażone bardzo wprost. Osią ścieżki dźwiękowej jest poemat symfoniczny Ryszarda Straussa  pt. Tako rzecze Zaratustra. Charakterystyczny motyw otwiera rozdział o ewolucji człowieka, która – co oczywiste – kończy się właśnie w kosmosie.

Kubrick mówi nam: stop, przerwa, cisza – kosmos jest nieskończony.

Zawędrowaliśmy (jako ludzkość) tak daleko dzięki inteligencji nastawionej ekspansywnie. Chcemy brać w posiadanie i zdobywać przewagę nad innymi. Dlatego w filmie Kubricka pierwsze narzędzie, które umożliwiło skok ewolucyjny, służyło do zabijania. Mimo tak negatywnej oceny, reżyser pełen jest sentymentu do człowieczeństwa. Nie robi szalonego kroku w narracyjną przepaść, co być może uczyniłoby jego film naprawdę rewolucyjnym. Nie potrafi (nie chce?) zrezygnować z humanocentrycznej optyki i oprzeć oś opowieści wyłącznie na maszynie, bądź po prostu na niepodmiotowym kosmosie. Zawsze opowiada oczami bohatera: Dave’a – a więc za pomocą naszego, ludzkiego spojrzenia na rzeczywistość. Dopiero zakończenie zmienia nieco punkt ciężkości, choć w dalszym ciągu film o kosmosie pozostaje przede wszystkim filmem o człowieku.

Filmowy finał jest zresztą bardzo mistyczny; oparty na długich eksperymentach wizualnych, które dziś wydają się trochę nieświeże. Przypominają wizualizacje Windows Media Playera. Dużo ciekawszy jest Kubrick, gdy korzysta – w akustyce i w warstwie wizualnej – z awangardy. Gdy dźwięki soundtracku przechodzą od (mimo wszystko staroświeckiego) Straussa do atonalnych rozwiązań węgierskiego kompozytora Györgya Ligetiego, obrazy jakby antycypują późniejszy radykalizm Gaspara Noe. Space Trip na orbitę Jowisza to narkotyczna jazda, makabryczny teledysk pulsującego światła, zakrzywień czasoprzestrzeni, impulsów żółci i czerwieni, negatywów. Stanley Kubrick dopłynął dużo głębiej w podróży do jądra podświadomości niż Johnny Depp i Hunter S. Thompson razem wzięci. A przecież zamiast do wnętrza człowieka, miał lecieć w kosmos. Tak jak u wielu innych twórców, wszechświat był dla niego jednak przede wszystkim pretekstem do filozoficznej opowieści o ludzkiej emocjonalności.

Radzieccy motocykliści lecą w kosmos

Genialna proza Stanisława Lema po dziś dzień jest inspiracją dla wielu artystów. Także twórcy filmowi chętnie korzystają z matryc fantastycznonaukowych, by opowiedzieć własne historie. Szalenie ciekawą próbę niedawno zaoferował widzom izraelski reżyser Ari Folman. Jego Kongres futurologiczny to hybryda animacji i filmu aktorskiego – wytwór wielkiej, artystycznej wyobraźni. Jednakże szlak dla lemowskich narracji kinowych został przetarty już kilkadziesiąt lat temu. Sprawców było wielu, jednak wśród nich wyróżniał się zwłaszcza jeden. Andriej Tarkowski (bo oczywiście o nim mowa) to kolejne wielkie nazwisko w naszym rankingu filmów o kosmosie. Rosyjski reżyser zaadoptował powieść Lema pt. Solaris i stworzył przeciwwagę dla amerykańskich hitów. Realia bloku wschodniego i temperament artystyczny reżysera stworzyły mieszankę, z której narodził się niepowtarzalny, autorski styl.

Na powierzchni Solaris to opowieść o naukowcach przebywających na stacji badawczej w celu rozwiązania problemów nowej dziedziny wiedzy: solarystyki. Bohaterowie wchodzą w schizofreniczne interakcje z plazmatycznym oceanem na obcej planecie, który okazuje się kosmiczną panteistyczną formą życia. Solaris pobiera informacje z umysłów badaczy i tworzy na ich podstawie neutrinowe postaci. Miękka substancja wyobraźni poddaje się materializacji. Naukowcom zaczynają towarzyszyć ludzie-hologramy z ich przeszłości. Te dziwne organizmy mogą po wielokroć zmartwychwstać. Pod wierzchnią warstwą opowieści kryje się więc filozoficzna przypowieść o: naturze prawdy, pamięci i tożsamości. Jest to także traktat o moralności i miłości, spekulujący na tych (wydawałoby się) trwałych konstruktach.

Wszystkie powyższe treści są o tyle wyjątkowe, że opowiedziane charakterystycznym językiem filmowym Tarkowskiego. Oszczędne ruchy kamery ograniczone są zazwyczaj przez osie: wertykalną i horyzontalną. Obraz jest stale geometryzowany przez powolne travellingi i panoramy po kole. Wszystko, co znamy też z innych filmów rosyjskiego reżysera – transowe poruszanie się po stabilnych torach i symbolizm – tutaj jest jednak jakby trochę mniej udane.

Pod wierzchnią warstwą opowieści kryje się więc filozoficzna przypowieść o: naturze prawdy, pamięci i tożsamości. Jest to także traktat o moralności i miłości.

Arcydzielny Stalker pokazał dużo lepsze oblicze tych zabiegów. Trudno powiedzieć, czy reżyserowi brakowało wcześniej doświadczenia, czy może wyczucia przy niuansowaniu środków wizualnych. Geniuszu wystarczyło jednak, by wpłynąć na nas i zdominować ranking filmów o kosmosie.

Ranking filmów o kosmosie sponsorowany przez Zygmunta Freuda

Na trzecim i czwartym miejscu rankingu filmów o kosmosie rozsiadły się tytuły rozrywkowe, wyrosłe z tzw. kina nowej przygody. Wydawałoby się, że mamy przed sobą przede wszystkim korowód: laserów, mieczy świetlnych, monumentalnej scenografii i szybkiego montażu. Niektórzy z chęcią założyliby na seans któreś ze skarpetek z działu dziecięcego. Niestety, mimo wytrwałych prób, dorosłe stopy nie mieszczą się w niewielkie rozmiary. Intuicja była jednak dobra. O ile cieleśnie wyrośliśmy ze świata nieletnich wzruszeń, to mentalnie mamy wciąż wiele do przepracowania. Tego właśnie uczą nas: Obcy Ridleya Scotta i Gwiezdne wojny George Lucasa. Pod kanoniczną warstwą fabularną, doskonale znaną każdemu zjadaczowi popkultury, kryją się nieoczywiste sensy. To sesja psychoanalityczna dla nas wszystkich. W dodatku w promocyjnej cenie – kosztuje tyle, co bilet do kina lub abonament na Netflixie.

Polityka na pokładzie!

Zacznijmy od ósmego pasażera statku handlowego Nostromo, który budzi przerażenie widzów od kilkudziesięciu lat. Na widowni zasiadają głównie mężczyźni. Jak wykazały badania, to męski pierwiastek buduje fanbase nurtu sci-fi. Mali i duzi chłopcy są bardziej skłonni ulegać hipnotycznej czołówce (muzyka i typografia!) Obcego, roztrząsać ewolucję gatunku kosmitów lub pochylać się nad technologicznymi akcentami filmu. Ma to swój głęboki sens. Być może wielu męskich widzów poczuje się oszukanych, gdy dowiedzą się, że narracja Ridleya Scotta to opowieść zupełnie przełomowa z feministycznego punktu widzenia. Dowody? Po pierwsze główną bohaterką, która przeżywa wszystkie horrory, jest kobieta o nazwisku Ripley. Wprowadzenie do fabuły heroiny to gest, którym Scott zerwał długą tradycję męskiej dominacji. To jednak nie wszystko. W głębokim kluczu interpretacyjnym Obcy to przede wszystkim film o ciąży widzianej męskimi oczami. Na potwierdzenie tej tezy na ekranie pojawia się wiele tropów wizualnych (choćby statek kosmitów w kształcie kobiety rozkładającej uda). Poza tym kilka oczywistości, wśród których chyba najbardziej rzuca się w oczy nazwa interfejsu Nostromo: Mother. Ciekawe też, że Ripley, która przez zdecydowaną większość trwania filmu ubrana jest w aseksualne kostiumy kosmonautów, budzi męskie pożądanie dopiero pod sam koniec akcji. Gdy wypchnie obcego (dziecko) poza organizm statku, rozbiera się do bielizny. Zdjęcia odsłaniające pośladki i sutki mają jednoznacznie erotyczny podtekst. Ridley Scott uczy nas jak przepracować demony męskiej psychiki i widzieć kobiety atrakcyjnymi nie tylko w negliżu. Szkoda tylko, że wygrywa przy tym akcent technofobiczny. W końcu w jego narracji jedynym naprawdę złym członkiem załogi jest Ash – humanoidalny robot. Ufamy, że feminizm można pogodzić z technologicznymi fascynacjami, a kobieca opowieść nie musi powstawać w kontrze do świata nowych mediów. Polecamy, by przed seansem zaprzyjaźnić się więc ze wzorem The Handyman. Technika i majsterkowanie może być pasją zarówno mężczyzn, jak i kobiet.

We władzy ojca

Z kolei dla fanów George Lucasa proponujemy Game Over. Idealny model dla wszystkich chłopców, którzy nigdy nie chcą dorosnąć i trwają w wiecznym buncie. Drodzy kinomani, nie przypadkowo zawsze chcieliście wstąpić do Rebelii przeciwko siłom faszystowskiego Imperium. Dotychczas wielu z was myślało pewnie, że to z uwielbienia dla dobrej strony mocy. A może dlatego, że jesteście wytrawnymi pilotami? Nic bardziej mylnego. Galaktyczna opozycja to przede wszystkim nastoletnia rewolucja przeciwko władzy rodzicielskiej. A nawet ściślej: przeciwko władzy ojca. Kontekst ten jest oczywiście wyrażony w filmie wprost dzięki dynamicznym relacjom pomiędzy Lukiem Skywalkerem a Darthem Vaderem. Ojciec i syn walczą ze sobą, spętani jednocześnie więzami trudnej miłości. To nie przeciwieństwo dobra i zła staje przed naszymi oczami, ale odwieczna bitwa starego z nowym. Gwiezdne wojny zapowiadały w kinie erę kina nowej przygody, dlatego tak świetnie wyrażają buntowniczego ducha młodości. Za jaskrawym światłem mieczy świetlnych ukryta jest jednak trudna prawda. Zazdrość o ojca i różne freudowskie smaczki przezierają przez sito fantastycznonaukowej narracji. Sam reżyser i twórca scenariusza George Lucas także jest (lub był wtedy) młody duchem. W końcu utożsamił władzę rodzicielską z konformizmem politycznym i agresją.

No i co, mimo wszystko nie wierzycie w naszą wersję Gwiezdnych wojen i chcielibyście wywrócić ranking filmów o kosmosie do góry nogami? Pewnie nie dorośliście jeszcze, by przejść na ciemną stronę mocy. Może to i dobrze. Potrzebujemy na świecie – teraz nawet bardziej, niż w latach siedemdziesiątych – młodzieńczego idealizmu.

Kampowy ranking filmów o kosmosie

Nasz ranking filmów o kosmosie zamyka dzieło równie kultowe, jak pozostałe cztery. Wyróżnia je jednak forma telewizyjna. Star Trek powstał jako serial, który wciągnął na długie wieczory miliony widzów na całym świecie. Jesteśmy pewni, że gdyby komandor Spock ujawnił się widzom dopiero w XXI w., to właśnie on rozpocząłby zjawisko binge-watchingu.

Z naszej kinomaniackiej perspektywy najważniejsze jest jednak zjawisko, które pojawia się na marginesie uniwersum Star Treka. Uważamy, że najlepiej rozpocząć wielogodzinny seans w skarpetkach Barbie na stopach. Przede wszystkim dlatego, że znana lalka doskonale wyraża pojęcie kampu, będące w bliskim związku z awangardowymi fryzurami załogi statku NCC 1701 U.S.S. Enterprise. Star Trek wyniósł na wyżyny popularności androgeniczną modę. Federacja Zjednoczonych Planet najechała Ziemię armią fryzjerów, modelujących włosy w rozmaite kopuły i grzybki. Jaskrawe futurystyczne kostiumy dodały dodatkowego smaczku całości, tworząc obraz pełen kiczowatych rozwiązań. Tym właśnie jest kamp – świadomie wykorzystywanym kiczem. Z szacunku dla nośnego fenomenu popkultury musieliśmy więc doposażyć nasz ranking filmów o kosmosie w Star Treka. Zaraz za nim w kolejce ustawiły się zabawne fabuły, takie jak: Armageddon (z Brucem Willisem i Liv Tyler) lub prekursorska Barbarella. Ostatni tytuł balansuje na pograniczu zjawiska kampu, jednak w dalszym ciagu wykorzystuje wspólny mianownik. Chodzi o pompatyczną, pełną patosu narrację, która w rzeczywistości daje się świetnie oglądać, ale – odwrotnie do zamiaru twórców – jako wizualny żart.

Filmy o kosmosie wyrażają więc całe spektrum emocji i ludzkich postaw. Ranking zawiera niekwestionowane arcydzieła o bardzo poważnej wymowie, ale – dla naszego i Waszego zdrowia – przeplatamy go też popkulturowymi anegdotami. Zanim wyruszycie w podróż w kosmos ze skarpetkami Many Mornings, musicie pamiętać – wszystkie filmy o kosmosie są przede wszystkim filmami o człowieku. Póki co nie znamy innej perspektywy i nie umiemy patrzeć na wszechświat  oczami innymi, niż ludzkie. Jednak być może właśnie dzięki temu, fantastycznonaukowe fabuły są tak różnorodne. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

POWIĄZANE PRODUKTY

MOŻE CI SIĘ SPODOBAĆ