Hej! Wybierz swoją lokalizacje, aby zobaczyć właściwą treść.

Wybierz swoją lokalizację Hej! Wybierz swoją lokalizacje, aby zobaczyć właściwą treść.

Australia usd

Austria eur

Belgium eur

Canada usd

Croatia eur

Czech Republic eur

Denmark eur

Estonia eur

Finland eur

France eur

Germany eur

Greece eur

Hungary eur

Ireland eur

Italy eur

Japan usd

Latvia eur

Lithuania eur

Netherlands eur

Polska pln

Portugal eur

Romania eur

Slovakia eur

Slovenia eur

Spain eur

Sweden eur

Switzerland eur

United Kingdom eur

United States - USA usd

OTHER eur

Darmowa dostawa od 59 zł 🎉

Powrót do bloga

Skarpetki same w domu. Top 5 filmów na Boże Narodzenie

21 Gru 2020 | 2 komentarze | by Many Mornings

Boże Narodzenie to wspaniały, rodzinny czas. Czeka nas odetchnięcie – bez wyrzutów sumienia i presji oceniania. Bierzemy się w kulturowy cudzysłów i gramy w życie na świątecznych zasadach, konsumując rzeczy lekkostrawne. Dajemy sobie przyzwolenie na kino familijne bez ambicji. Cieszymy się ze slapstickowych żartów i wzruszamy na wspomnienie rzewnej miłości. Ale takie Święta wymagają poświęceń! Przebyliśmy długą adwentową drogę, by przygotować dla Was niniejszy ranking najlepszych filmów świątecznych.

W popkulturowym maratonie nieraz dostawaliśmy zadyszki, przeczołgując się przez fabuły bez ładu i składu – za to z mnóstwem kolorowych lampek gwiazdkowego kiczu. Świąteczne skarpetki dodawały otuchy w trudnych chwilach, by zdobyć recenzenckie szlify. W końcu wysiłek okazał się opłacalny: jesteśmy przepełnieni bożonarodzeniową atmosferą i gotowi na rodzinne wyzwania przed telewizorem. Ostatecznie postawiliśmy przede wszystkim na faworytów. Czasem nie ma sensu ryzykować, jeżeli co roku w kinomaniackim Horse Derby wygrywa ten sam koń.

1. Kevin sam w domu (reż. Chris Columbus, 1990)

2. The Nightmare Before Christmas (Miasteczko Halloween, reż. Tim Burton, 1993)

3. Zły Mikołaj (reż. Terry Zwigoff, 2003)

4. Grinch: Świąt nie będzie (reż. Ron Howard, 2000)

5. Ekspres polarny (reż. Robert Zemeckis, 2004)

Niestety kilka popularnych tytułów przegrało te zawody. Przyznamy, że trudno było nam znieść hitowe Love Actually: przesiąknięte na wskroś heteronormatywnym spojrzeniem na świat, nudne, słabo zagrane – w gruncie rzeczy po prostu szkodliwe. Jednym atutem był tu chyba wulgarny podstarzały rockman-heroinista, grany przez Billa Nighy’ego; no i może jeszcze świadomość, że Severus Snape może mieć życie seksualne. Na podobnych założeniach oparto polską wersję o prostackim tytule „Listy do M.”. Niestety z bardzo podobnym skutkiem.

Świąteczna pułapka kina familijnego

Krytykować Kevina to tak, jakby z premedytacją ustawić się na pozycji Grincha-psujzabawy. Popkulturowy mur pnie się coraz wyżej; nie możemy więc wyjmować cegieł z samego dołu i nie ryzykować przy tym zawalenia całej struktury. Wyprzeć się Kevina byłoby równie rozsądnie, co odwrócić się plecami do uzbrojonego Jamesa Bonda. Wiadomo, że każdy z nich ma swoje wady. Ten drugi jest seksistowski i wciąż operuje dychotomiczną optyką zimnej wojny: dobro (UK i USA) kontra reszta świata. Pierwszy z kolei utrwala obraz Ameryki przez pryzmat białego przedmieścia, gdzie każdy mieszka w piętrowej rezydencji i posiada dwuskrzydłową lodówkę. Z takiej właśnie materii utkane są nasze marzenia, zagruntowane przez Hollywood bardzo dawno temu. Choćbyśmy analizowali obszary wykluczenia aż do pierwszej gwiazdki, to i tak będzie nam trudno przestać kochać ideały naszego dzieciństwa.

Pomiędzy Bondem a Kevinem istnieje jednak pewna różnica. Kolejne części filmowej serii o agencie MI6 są popkulturowymi drogowskazami i sygnalizują w jakim kierunku zmierza dyskurs publiczny. Dowód? W latach dziewięćdziesiątych mieliśmy przekombinowanego Pierce’a Brosnana z discopolowymi gadżetami (co też miało swój urok). A obecnie oglądamy Daniela Craiga z depresją wypisaną na twarzy, pijącego Heinekena i (co gorsza!) smaganego po jądrach przez terrorystów. Dzień powszedni kultury popularnej nie zna już świętości.

Krytykować Kevina to tak, jakby z premedytacją ustawić się na pozycji Grincha-psujzabawy.

Ale Boże Narodzenie jest inne! Kevin Home Alone wyraża całą stabilność związaną ze Świętami – co roku to samo i zawsze równie przyjemne. I to mimo tego, że na dworze (ani w Stanach, ani w Polsce) niełatwo dostrzec śnieg, a choinka zaczyna wyglądać równie egzotycznie jak przystrojona lampkami florydzka palma. A jednak mamy przed sobą mit – a ten jest zawieszony poza przestrzenią i czasem. Po prostu zawsze chcemy, by Mikołaj pędził na saniach przez zaspy, zamiast przyjeżdżać SUVem z silnikiem diesla. W Boże Narodzenie pragniemy pozostać dziećmi, tak jak Kevin.

Prosta fabuła wspaniale wpisała się w dziecięce uniwersum, stymulując zwłaszcza obszary chłopięcego stereotypu. Kto z nas nie planował pułapek na wyimaginowanych złodziei? Misterne rysunki, później przekute na wyobraźnię rodem z gier komputerowych, pozwalały nam na bohaterskość. Wokół Kevina szybko pojawiło się całe uniwersum dodatkowej konsumpcji. Już w latach dziewięćdziesiątych włączaliśmy grę o pojemności poniżej 1 MB (zmieszczoną wtedy na dyskietce), w której można było przechytrzyć złodziei. Oto Back to 90’s – wiecznie żywy sen milenialsa!

Nawiedzony dom Mikołaja

W poszukiwaniu dobrego filmu świątecznego zawędrowaliśmy aż do przeszłości. Wyjątkowa wyobraźnia Tima Burtona twórczo połączyła konteksty Halloween i Bożego Narodzenia. Jego The Nightmare Before Christmas nie snuje szablonowej gwiazdkowej narracji. Naprawdę trzeba było cofnąć się do listopada śladami doktora Frankenfeeta, by znaleźć godne polecenia teksty kultury! Wszystko w filmie Burtona wygrywa z popularnymi świątecznymi hitami. Animacja jest pomysłowa. Charakterystyczne burtonowskie uniwersum, czerpiące wzorce z ekspresjonizmu niemieckiego, chyba nikomu nie jest w stanie się znudzić. Zwłaszcza, że nie ma tu przeintelektualizowania! Oczywiście, Burton zachowuje twórcze ambicje, ale też doskonale zna swoją publiczność i wie, że porusza się po utartych drogach amerykańskiego kina. Robi to jednak wyśmienicie. Nawet muzyka jest tu o niebo lepsza niż w randomowym telewizyjnym bestlookerze. Musicalowa forma, oparta na jazzowo-bluesowej sztancy, powoduje przynajmniej, że piosenki chce się nucić, zamiast bezlitośnie zmielić w blenderze razem z sylwestrowym koktajlem.

Historia jest prosta – każde święto ma swoją osadę. Gwiazdą halloweenowego miasteczka jest Jack, któremu jednak obmierzła straszna rutyna. Dlatego udaje się po garść inspiracji do krainy Bożego Narodzenia, a następnie detronizuje Świętego Mikołaja. Jako uzurpator chce opowiedzieć Święta na swój (burtonowski) sposób: dzieci dostają w prezencie martwe zwierzęta, a saniami powożą szkielety reniferów. Poza tymi smaczkami, jest też kilka zupełnie zwyczajnych fabularnych tricków – z miłością i szczęśliwym happy endem na czele. The Nightmare Before Christmas to świetny przykład na to, jak opowiedzieć dobrze znaną bajkę po raz setny. Tylko tym razem naprawdę oryginalnie.

Seks, prochy i Boże Narodzenie

Kolejnej fabule z naszego rankingu najlepszych filmów świątecznych daleko do ideału. Bad Santa to film piracki z ducha – z opaską na oku sieje spustoszenie pośród cukierkowych opowieści. Bywa wulgarny w sposób zupełnie nieokrzesany: wybrzmiewają tu całkiem niepoprawne żarty o seksie analnym, niepełnosprawności umysłowej i fizczynej – wszystko, czego tak naprawdę nie chcemy słuchać (a na pewno nie w Święta!). A jednak jest w tym pomyśle coś ujmującego, co nie skazuje Złego Mikołaja na smutny los przewidywalnego Love Actually. Przede wszystkim film łamie schematy gatunkowe; nawet finał – niejako z konieczności pozytywny – nie jest tu przesłodzony. Główny bohater (udanie odgrywany przez Billy’ego Boba Thorntona) przechodzi świąteczną przemianę, ale w zasadzie zachowuje wiarygodność. Pod wpływem dobrodusznego chłopca zyskuje nowy impuls w życiu, ale nie staje się przez to dżentelmenem z Klubu Inteligencji Katolickiej. Zły Mikołaj do samego końca zachowa wierność swojemu pochodzeniu z Pirate Island.

Możecie obejrzeć ten film w pakiecie z innym wytworem reżysera Terry’ego Zwigoffa. Ghost World ze Scarlett Johansson w nastoletnim wydaniu i Stevem Buscemi także lokuje się gdzieś na obrzeżach głównego narracyjnego nurtu Hollywood. Nie jest to może alternatywa przez duże „A” i nigdy nie będzie to Jim Jarmusch – no ale cóż, w Święta możemy sobie pozwolić na inne przyjemności.

Świąt nie będzie!

Grinch to coś więcej niż film – to figura retoryczna i mit kultury popularnej, który w wersji kinowej przyciągnął licznych twórców filmów aktorskich i animowanych. Choć kostiumy budujące uniwersum Ktosiowa (nieopodal którego mieszka Grinch) nie wydają się przesadnie dopracowane, to jednak z powodzeniem udało im się podbić i zdominować na długie lata zbiorową wyobraźnię.  Bardzo podobnego przypadku Ron Howard (reżyser tego klasyka) dostarczył nam zresztą  w jednym ze swoich wczesnych dzieł pt. Willow, silnie wpływając na masy telewizyjnych fanów fantasy.

Zielony futrzak o gnuśnym usposobieniu jest znany nawet tym, którzy nie widzieli żadnej ekranizacji. Grinch żyje sobie swobodnie poza kadrem – w powiedzeniach, dowcipach i reklamach. Popularność podbudował jeszcze Jim Carrey ze swoją slapstickową manierą aktorską. To właśnie jego charakterystyczne grymasy wyzierają zza zielonego futra kostiumu. Plastyka twarzy potrafi być potężnym narzędziem aktorskim  – na pewno starczy, by zdobyć popularność, nawet jeśli pozostałe pomysły na ekspresję pozostają daleko w tyle (w Polsce ten sam przypadek prezentuje Cezary Pazura).

Grinch jest więc na wskroś mityczny i świąteczny, są tu: (nie)śmieszne żarty, kolorowe lampki i bożonarodzeniowa dydaktyka. Koniec końców jednak, jest w tej fabule coś urzekającego. Mimo że porusza się samym środkiem głównego nurtu pop-kina, to ostrożnie polemizuje z konsumpcyjnym wymiarem Świąt. Ron Howard rysuje karykaturę skrajnie zuniformizowanego społeczeństwa, które sens życia i rodzinnego czasu odnajduje w centrach handlowych oraz przecenach do 99%. Ponadto, Grinch uczy nas zrozumienia Innego, tolerancji, otwarcia i emocjonalnego ciepła. Warto więc spędzić przed ekranem kilka niezobowiązujących chwil – seans na pewno nie zaszkodzi domownikom. Proste, ale działa!

Gram w grę

Bardzo trudno było wybrać ostatni tytuł do naszego rankingu filmów świątecznych. Pod przymusem zdecydowaliśmy się na coś, co spokojnie można obejrzeć w skarpetkach kids. Ekspres polarny Roberta Zemeckisa to wysokobudżetowe dzieło z początku tysiąclecia, które miało zaskoczyć widza nowatorską animacją. Dla nas-dorosłych może mieć to pewien nostalgiczny urok; w Many Mornings podczas seansu czuliśmy się jakbyśmy znów grali  na PC w Harry’ego Pottera przed popołudniowymi lekcjami, kiedy rodziców nie było w domu i można było przekroczyć dzienny limit na komputer. Obawiamy się jednak, że dla wielu innych film Zemeckisa jest już przeterminowany. Mimo pewnych fabularnych niekonsekwencji, jest jednak nieszkodliwy. Jeżeli Wasze brzuchy będą już tak pełne, że nie będziecie w stanie zejść z kanapy, to można obejrzeć Ekspres polarny z jednym okiem otwartym. Dzięki temu na pewno będą Wam się śniły magiczne i kolorowe Święta!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site is protected by reCAPTCHA and the Google Privacy Policy and Terms of Service apply.

POWIĄZANE PRODUKTY

MOŻE CI SIĘ SPODOBAĆ