Hej! Wybierz swoją lokalizacje, aby zobaczyć właściwą treść.

Wybierz swoją lokalizację

Australia usd

Austria eur

Belgium eur

Canada usd

Croatia eur

Czech Republic eur

Denmark eur

Estonia eur

Finland eur

France eur

Germany eur

Greece eur

Hungary eur

Ireland eur

Italy eur

Japan usd

Latvia eur

Lithuania eur

Netherlands eur

Polska pln

Portugal eur

Romania eur

Slovakia eur

Slovenia eur

Spain eur

Sweden eur

Switzerland eur

United Kingdom eur

United States - USA usd

OTHER eur

Darmowa dostawa od 59 zł 🎉

Powrót do bloga

Strach ma wielkie stopy. Top 10 filmowych horrorów

25 Lis 2020 | 0 komentarzy | by Many Mornings

Listopad to pod wieloma względami najstraszniejszy miesiąc w roku. Rozpoczyna się celebracją święta duchów, oddaje cześć zmarłym i ochoczo zaprasza nas na cmentarze. A wraz z biegiem dni nic nie rozświetla ponurej atmosfery. Słońce coraz wyraźniej przegrywa walkę z nocą, pod osłoną której czają się różne (realne i wyobrażone) demony. Słotne chwile to idealny czas dla kina grozy. Wieczory spędzone w domowym zaciszu zachęcają, by przemienić strach w przyjemność nałogowego oglądacza. Czasem jednak trudno odnaleźć się w mrocznym gąszczu repertuaru – niestety kino gatunków dostarcza wiele przykładów na odtwórczą siermiężność i zwykły kicz. Dlatego skarpetki nie do pary podejmują się trudnego zadania: chcą być przewodnikiem w ciemnościach kultury popularnej. Jeżeli akurat nie macie kogo trzymać za rękę (lub stopę), to odnajdźcie otuchę w niniejszym rankingu horrorów.

Sytuacja jest o tyle skomplikowana, że – chcąc zrealizować uniwersalne ambicje – musimy znaleźć klucz, który pozwoli porównać filmy sprzed kilkudziesięciu lat i kino współczesne. Horrory zaistniały bardzo wcześnie w historii kinematografii, zyskując na popularności już w latach dwudziestych XX w. Choć nieme: Gabinet doktora Caligari i Nosferatu w dalszym ciągu robią wrażenie, to ich siła przyciągania czerpie energię z innych estetycznych źródeł. Rozwój technologiczny dał filmom grozy nowe perspektywy i narzędzia oddziaływania na widza skomplikowaną scenografią, efektami specjalnymi i montażem dźwięku. Skutecznie utrudnia to porównanie klasyki z premierami. Dlatego nasz ranking horrorów będzie bardzo subiektywny; rezygnujemy z aspiracji, by wyznaczyć to, co najlepsze, ale sporządzamy po prostu listę tego, co najbardziej lubimy oglądać.

1. Midsommar. W biały dzień (reż. Ari Aster, 2019)

2. Dziecko Rosemary (reż. Roman Polański, 1968)

3. Lśnienie (reż. Stanley Kubrick, 1980)

4. Lighthouse (reż. Robert Eggers, 2019)

5. Nie oglądaj się teraz (reż. Nicolas Roeg, 1973)

6. Gabinet Doktora Caligari (reż. R. Wiene, 1920) / Nosferatu – symfonia grozy (F.W. Murnau, 1922)

7. Palacz zwłok (reż. Juraj Herz, 1969)

8. Oldboy (reż. Chan-wook Park, 2003)

9. Uzależnienie (reż. Abel Ferrara, 1995)

10. Od zmierzchu do świtu (reż. Robert Rodriguez, 1996)

Część filmów z powyższego rankingu to crossy gatunkowe, które (być może) nie zadowolą filmoznawczych purystów. Jednak strach to uczucie niejednoznaczne, mieniące się wieloma odcieniami i różnym natężeniem. Oblicza horroru są więc tak różnorodne, jak powody naszego przerażenia. Zabieramy się więc do oglądania w czarnych skarpetkach nie do pary na stopach!

Rytualne oglądanie skandynawskich wzorców

Film, który rozpoczyna nasz ranking horrorów, wzbudził mieszane uczucia krytyków i publiczności. Midsommar nowojorskiego reżysera Ariego Astera zwodzi widza całym spektrum skandynawskich fantazmatów. Przed seansem w ciemno zakładamy skarpetki Hygge, bo wiele mylnych tropów wiedzie nas raczej w stronę dziedzictwa kina północnej Europy, niż popularnego kina grozy z USA. Wrażenie to umacnia arthouse’owa ambicja, która kieruje poczynaniami twórcy. Przecież większość z nas kojarzy amerykańskie horrory raczej ze sztancą gatunkową spod znaku zombie movies lub [zwykle] nieudanych ekranizacji prozy Stephena Kinga. Tym razem scenariusz wiedzie nas jednak przez opowieść o relacjach międzyludzkich i seksualności. Midsommar kąpie główne motywy w pełnym słońcu niezrozumiałych dla współczesnego europejczyka rytuałów – opowiada o świecie pierwotnej społeczności, której nie pożarł modernizm.

Wszystko powyższe to oczywiście tylko pewna rama narracyjna. Nie należy śledzić fabuły Astera z etnologiczną wnikliwością, bo z całą pewnością spotka nas zawód. Pamiętajmy, że nie mamy do czynienia z dokumentem, a jedynie pretekstem do wyprodukowania estetycznych ekscesów. Choć autor w wywiadach prasowych wielokrotnie zapewniał o precyzyjnym researchu poprzedzającym proces twórczy, to faktografia jest tu traktowana powierzchownie, a daleko większe znaczenia ma symbolika. Zresztą nawet i w tym obszarze odnajdziemy wiele mielizn i intelektualnych skrótów.

Krytycy, którzy z rezerwą traktują Astera, mają więc rację w bardzo wielu sprawach. Ale co z tego, skoro Midsommar pod wieloma względami jest tak imponujący, wizualnie wciągający, hipnotyzujący brutalnością rozmaitych atawizmów?

Midsommar pod wieloma względami jest imponujący, wizualnie wciągający, hipnotyzujący brutalnością rozmaitych atawizmów. Według nas śmierć nigdy jeszcze nie była tak malownicza.

Groza dzieje się tu w pełnym słońcu – na rozświetlonych łąkach, wśród jasnych kobiecych warkoczy. Choć intryga nie jest specjalnie skomplikowana, to nie suspens jest tu triggerem dla ciekawości widza. Cała mechanika dystrubucji uwagi przypomina bardziej spektakl live painting, gdzie malownicza makabreska odmalowywana jest kadr po kadrze. Wiele jest tu magnetycznej seksualności skorelowanej z przemocą; ofensywę przypuszcza też bardzo intensywny montaż dźwięku. Być może sporo jest w tym filmie przesady – a niektórych to drażni. Według nas jednak śmierć nigdy jeszcze nie była tak malownicza.

Okultyzm raz jeszcze

Spirytystyczne sensacje, które wyżyny popularności uzyskały chyba w czasie belle époque, inspirowały twórców od zarania filmowych dziejów. Historia kina niemego ze swoimi kamieniami milowymi w postaci wspomnianych na niższych pozycjach naszego rankingu horrorów Gabinetu doktora Caligari i (przede wszystkim) Nosferatu jest opętana okultystyczną symboliką. Nie chodzi wcale tylko o powierzchnię narracyjną, czy budowanie fantastycznych (wampirzych) bohaterów. Często także elementy scenografii bywają swoistym kodem możliwym do odczytania tylko dla wtajemniczonych. Horrorowy sjużet kipi diabelskimi smaczkami – za przykład niech posłuży umowa najmu, którą podpisuje Graf Orlok w Symfonii grozy; zaszyfrowana za pomocą znaków, które z pozoru wyglądają jak dziecięce szlaczki, w rzeczywistości odwołuje się do długowiecznej tradycji okulistycznej.

Przywołujemy te anegdoty jednak przede wszystkim po to, by naszkicować filmoznawcze tło twórczości Romana Polańskiego. Polski reżyser jako filmowy erudyta chętnie odwoływał się do schematów historycznych. Właśnie przez to jego Dziecko Rosemary – choć przecież tak przejmująco zagrane i doskonale opracowane operatorsko – nosi znamiona kampu. Ogląda się to jednak w dalszym ciągu wyśmienicie, mimo ponad 50-letniego dystansu. Retro Camera nic nie ujmuje umiejętnemu dawkowaniu napięcia, magnetyzmowi, którym raczy widza Mia Farrow – wszystkiemu co skutecznie udowadnia geniusz reżyserski Polańskiego.

Dziecko Rosemary ogląda się jednak w dalszym ciągu wyśmienicie, mimo ponad 50-letniego dystansu.

Dziś sprawa wydaje się jednak o wiele bardziej skomplikowana niż w rewolucyjnych latach sześćdziesiątych, gdy Hollywood aż nadto promieniało różnorodną potencją. Zarzuty o przemoc seksualną często rzutują na odbiór artystycznych jakości filmów Polańskiego – jako że w istocie te komponenty [moralny i estetyczny] naszego światoodczucia są trudne do rozdzielenia. Jednak z pewnym poczuciem winy przyznajemy, że w akurat w Dziecku Rosemary tkwi magnetyzm, który cały czas każe wracać do tego dzieła, mimo niesmaku związanego z biografią twórcy. Cóż, wybory filmowe potrafią być  s t r a s z n i e  trudne.

Kubrick znaczy niezawodność

Proza Stephena Kinga dostarcza rzadkiego przykładu twórczości literackiej, która lepiej wypada na dużym ekranie, niż na papierowych kartach książek. Być może amerykański pisarz niepotrzebnie od tylu lat próbuje swoich sił w powieści, zamiast po prostu skupić się na scenariopisarstwie. Wszystko wskazuje, że w tej dziedzinie mógłby być znacznie lepszy. Kingowska filmoteka obfituje przede wszystkim w kino stylu zerowego. Tytuły takie jak Zielona mila czy Skazani na Shawshank to dynamiczne i emocjonalne filmy, które chętnie ogląda się w piątkowym paśmie telewizyjnym. Zwykle są to produkcje poprawne warsztatowo, czasem wybijające się na wyrazistość dzięki charakterystycznym postaciom brawurowo odegranym przez jednostkowe talenty aktorskie.

Nieco inaczej sprawa wyglada z Lśnieniem. To wspaniały przykład geniuszu Kubricka, który właśnie w całej swojej genialności potrafił pozostać bezpretensjonalny. Choć ani przez chwilę nie zrezygnował z ambicji artystycznych, komponując kadry z wyrafinowaniem jazzmana, to jednocześnie umiał wypowiadać się w ramach gatunku (a więc za pomocą prostych dróg narracyjnych). Stanley Kubrick bez wątpienia stanowi o duchu ambitnego kina amerykańskiego – jako jego najwspanialszy patron. Nigdy nie stosował artystowskich środków i nie próbował przeciągać niemrawych, statycznych scen w nieskończoność. Prowadząc narrację Lśnienia, które w swojej istocie jest dość płaską opowieścią, potrafił stworzyć kultowe obrazy-wyobrażenia. Łapiąc w sieć autorskiej wizji charyzmę Jacka Nicholsona ubranego w kostium The Handyman, stworzył dzieło wyjątkowe i sugestywne – równie angażujące zmysł estetyczny (za sprawą scenografii), co emocje. Kubrick nie kręci filmów, on po prostu tworzy nastroje.

Przywołamy tutaj jeszcze dodatkowy przykład w randze przypisu, który wydaje się wspaniale potwierdzać powyższą tezę. W tym roku premierę miał film Doktor Sen, który jest sequelem Lśnienia. Jakkolwiek dzieło z Ewanem McGregorem w roli głównej zebrało raczej pozytywne recenzje wśród krytyków zafascynowanych płynną narracją, tak naszym zdaniem pozostaje czczą wydmuszką. Łatwo opisać to zderzenie jakości poprzez następujący obraz: gdy Kubrick kręcił Lśnienie wydawało się, że pewną ręką prowadzi piękny okręt przez wzburzony ocean; od czasu, gdy sternik się zmienił, dziurawy jacht o nazwie Doktor Sen tępo sunie po mieliźnie, która ciągnie się aż po horyzont, wydając tylko i wyłącznie smutne trzaski.

Gotycki homoromans

W grudniu zeszłego roku trafił do kin film, który najlepiej byłoby oglądać jednocześnie w skarpetkach Nordic Lighthouse i Frankenfeet. Pierwszy wybór odnosi nas wprost do tytułu i miejsca filmowej akcji – latarni morskiej. Oszczędne w wyrazie dzieło skupia się praktycznie tylko na tej jednej scenerii – malowniczej, ale i na swój sposób wrogiej człowiekowi. Po wierzchu fabuły przesuwa się korowód emocji z samotnością na czele. Widz zostaje po raz kolejny postawiony wobec ogranego tematu dynamicznej konfrontacji / symbiozy mężczyzny i morza. Medytacyjny nastrój z pierwszych kilkudziesięciu minut filmu został jakby odmalowany pędzlem Wilhelma Sasnala: paletą szarości oraz brył budynków przeciwstawionych naturze, która pokazuje człowiekowi tylko surowe oblicze klifu smaganego deszczem.

Wielki atut tego filmu rozgrywa tylko i wyłącznie para aktorów: William Defoe i Robert Pattinson. Ekspresja, z której korzystają, wspaniale opowiada (między słowami) o seksie i śmierci.

W przestrzeni symbolicznej rozgrywa się tu odwieczny dramat relacji Bóg-człowek-natura, w której nigdy nikt nie jest zwycięzcą. Do pewnego stopnia jakości plastyczne zostają wypowiedziane na modłę Béli Tarra, czyli w kontemplacyjnych scenach, gdzie więcej dzieje się w grze światła i cienia, niż w ludzkich zachowaniach. Przez pewien czas całe napięcie tkwi w tak pospolitych sytuacjach jak jedzenie kolacji lub czyszczenie podłogi. A jednak nad wszystkim góruje symboliczne światło latarni, opowiadając dylemat: czy triumf ludzkości nad przyrodą nie jest aby pyrrusowym zwycięstwem?

Jednak tytułowa Lighthouse jest o wiele ciekawsza, niźli wynika tylko z prostej metaforyki. Jako symbol falliczny konotuje wiele [niewypowiedzianych wprost] represji seksualnych. To w tej warstwie rozgrywa się prawdziwy dramat opozycji starość-młodość, wspomagany przez sceny: kompulsywnej masturbacji i fantazji o syrenie. W niespodziewanej scenerii na scenę wchodzi właśnie Frankenfeet – jako duch przeszłości. Bowiem dzieło Eggersa bardzo chętnie korzysta z gotyckich schematów fabularnych, odbijając je jednakże w krzywym zwierciadle. Echem po geometrycznych kadrach odbija się też kino niemieckiego ekspresjonizmu. Postać pierwotnie wykreowana przez Mary Shelley niesie nam więc gotyckie fiksacje, przełamywane tylko przez dość nowoczesne środki aktorskie. Warto wspomnieć o tym jako o wielkim atucie tego filmu – rozgrywa go tylko i wyłącznie para aktorów: William Defoe i Robert Pattinson. Ekspresja, z której korzystają, wspaniale opowiada (między słowami) o seksie i śmierci.

Czerwony jak horror

Skarpetkowy ranking horrorów zamyka dość nieoczywiste dzieło, pokryte kurzem starości. Mimo że film Nie oglądaj się teraz w reżyserii Nicolasa Roega miał premierę nie tak dawno temu (bo w latach siedemdziesiątych), to nie był wspierany w dyskursie publicznym; przez to popadł trochę w zapomnienie – naszym zdaniem kompletnie niesłusznie! Choć film ma ambicje artystyczne, a środki wyrazu, które stosuje autor, są o wiele bardziej subtelne niż kojarzymy to z klasykami gatunku, to atmosfera grozy jest tu bardzo wyraźnie wyczuwalna. Większość akcji dzieje się w Wenecji – i jest to miejsce bardzo znaczące. Samo miasto prowokuje duszną atmosferę – smutek przemyka chyłkiem przez kanały i wąskie uliczki tego miasta śmierci. Na marginesie mamy tu sporą dawkę erudycji z zakresu historii sztuki (zwłaszcza architektury), ale rzeczywiście kluczowe jest przeniesienie na ekran melancholii rodem z prozy Tomasza Manna.

Miejsce akcji prowokuje duszną atmosferę – smutek przemyka chyłkiem przez kanały i wąskie uliczki Wenecji – tego miasta śmierci.

Mimo, że trudno nazwać akcję dynamiczną (przynajmniej jeśli za jednostkę porównawczą posłuży nam Hollywood), to fabuła dostarcza sporo napięcia. Dzieje się tak przede wszystkim za sprawą umiejętnego rozgrywania przeciwieństw – z dobrze znaną fanom kina grozy opozycją młode-stare na czele. Produkcja zawdzięcza wiele specyfice montażu (zarówno dźwięku, jak i obrazu) – nieco brutalnej i nie lubiącej półśrodków. Uważny obserwator wyłowi też psychoanalityczne uniwersum symboli z wodą-lustrem w awangardzie.

Filmowy kontrast dotyczy jednak przede wszystkim kolorów – czyli tego, co skarpetki lubią najbardziej. Alegoryczne zastosowanie czerwieni – tak wybijającej się ze stonowanego świata przedstawionego – zachęca, by na seans założyć jak najbardziej kolorowe wzory. Niech nie zwiedzie Was truchtające tempo filmu; dzięki takim arcydziełom możecie dowiedzieć się, że horror nie znaczy tylko tyle co blockbuster.

Każdy, kto spodziewa się przeczekać jesień w domowej przytulności, odziany w Many Mornings, powinien poświęcić parę wieczorów na eksplorowanie niezdobytych filmowych terenów. Wierzymy, że odkryliśmy w naszym rankingu horrorów kilka smaczków, które nie są powszechnie znane. Warto tę wiedzę wykorzystać, by zyskać nieco energii za pomocą wspaniałego kina; wybić się nieco z jesiennej monotonii za pomocą ekspresywnych filmów grozy. Czasem można zrezygnować z utartych ścieżek, by odkryć estetyczną przygodę. Naprawdę nie ma się czego bać!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

POWIĄZANE PRODUKTY

MOŻE CI SIĘ SPODOBAĆ